Wigilia
Z utęsknieniem na to czekam,Choć jest ciężko, nie narzekam,
Czekam, na ten dzień,
Kiedy problem zamienia się w szary cień.
Z rodziną się spotkam, porozmawiam,
Przytulę,
I wujka Józka, I ciotkę Ulę,
Barszczyk, śledź, makrela,
Pomarańcza i morela,
Ciepłych dań, pełen stół,
Już się zbiera, gości stu!
Patrzę i nie rozumiem,
Pojąć tego nie umiem:
- Mamo, miejsc jest 101,
Kogoś brakuje? - pytam z niedowierzaniem.
- Ależ nie kochanie,
Cóż to za pytanie? -Mama się ciepło uśmiecha.
- Bo widzisz, jest taka tradycja.
Na przykład, ciocia Patrycja,
Zostawiła też miejsce jedno,
I nowych gości się do niej zbiegło.
Bo to jest miejsce dla tajemniczej osoby,
Kogoś, kto jest sam w ten dzień,
Nie został zaproszony.
Dopiero teraz zrozumiałam o co chodzi,
I zaraz podbiegłam do drzwi,
Oczekując nieoczekiwanych gości.
Jednak długo nie zdążyłam,
Bo mama mnie nagle wzywa,
Oto chwila niezwykle ważna,
Teraz właśnie osoba każda,
Składa innym życzenia,
Z okazji Bożego Narodzenia,
Życzy prezentów, zdrowia,
Szczęścia, spełnienia marzeń,
I takie tam różne,
Trochę te życzenia próżne...
Bo moim zdaniem, jak się życzy wciąż to samo,
To już nie będzie takie jakie powinno być.
Prawdziwe życzenia powinny być od serca,
Bo jak każdemu się papla tę samą gadkę,
To jakby wszyscy byli, tacy sami...
Chyba powinniśmy chcieć dla kogoś tego,
Czego mu brakuje.
Chorej Cioci zdrowia,
Biednemu Kuzynowi dobrej pracy...
Ale przejdźmy do rzeczy.
Więc dzielimy się opłatkiem,
Z Mamą,
Babcią,
Wujkiem,
Dziadkiem.
Potem coś przyjemnego,
Zasiadamy do stołu wspólnego,
I jemy i jemy,
I choć już się najemy,
To wszyscy jedzą,
Więc i my też jemy,
Oczywiście zawsze się kończy tak samo...:
- O boże!!! Ale ja jestem gruba!!! -Wrzaśnie mama
- A miałam się odchudzać, w przyszłym roku nic nie zjem!!! -Krzyknie ciotka.
- W przyszłym roku... No właśnie, co w przyszłym roku, i tak nic się nie zmieni...
Ale siedząc przy stole z rodziną razem,
Jakoś lepiej się wciska w siebie ryby i zrazy,
I barszczu trochę na to,
I boczek wraz z kiełbasą, i tak dalej się to ciągnie, oj, daleko...
Potem, późnym już wieczorem,
Stajemy wszyscy społem,
I zaczynamy śpiewać kolędy,
Ale Ciotka zawsze fałszuje,
I całą melodię psuje,
A Maciek, syn Cioci Gośki,
Siada na ziemi,
I ciągle się złości,
Nagle pies wskakuje na stół,
I zjada Karpia pysznego...
Mama załamana, a dzieci,
Dzieci beztrosko biegają w tu i tam,
Oczekując tego momentu,
Gdy to dorwą się do prezentu.
A gdy już dostaną upominki,
Radość wraca do rodzinki,
Bo one zawsze się tak cieszą,
Ich uśmiechy smutek leczą.
A po otwarciu prezentów,
Gdy maluchy ochłoną,
Wszyscy się ubierają,
I na pasterkę gnają,
A tu znów się pojawia problem,
Bo dzieci nie chcą się dobrze zachowywać,
Ale one nie rozumieją, że w kościele nie należy krzyczeć,
Biegać, ani śpiewać swojej ulubionej piosenki z Barbie,
Ani też rysować na ołtarzu, a na pewno nie ciągnąć księdza za rękaw,
Ale choćbyśmy sobie włosy z głowy powyrywali,
One nie zrozumieją, czemu niby zabawa w domu była całkiem normalna,
A teraz robią źle, ale nie wiedzą co.
Po pasterce spędzamy jeszcze dużo czasu w domu, znów przy stole,
W telewizji leci Kevin sam w domu, chociaż film dla maluszków,
W końcu ogląda go całe towarzystwo.
Jednak ten wieczór coś w sobie ma, że jest tak wspaniały...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz